Nibylandia

Kraina Pana Bocha

Podrostek -  2008

Mój początek śmiało można określić na kalendarzu i nie ma co tu owijać w bawełnę. Nie pamiętam czym kierowałem się przy wyborze pierwszego aparatu, na pewno nie testami, których w internecie jest mnogo. To była jakaś dziwna konstelacja sytuacji i ogóle przeświadczenie, że robię dobrze. Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że popełniłem jakiś straszny błąd. Ale nie uprzedzajmy faktów. Mój wybór padł na wchodzącą wtedy mocno kopytem na rynek, linię Sony, która wypuściła całkiem przyzwoite lustrzanki. Oczywiście nie łatwo jest zacząć robić coś dobrego od razu, tym bardziej że rynku strzegły niczym dwa ogary: Canon z Nikonem. Poradziłem się jedynej osoby jaką znałem, która potrafiła trzymać aparat i razem z nią dobraliśmy odpowiedni zestaw dla totalnego amatora, jakim wtedy byłem. 

Sony Alfa 200 z obiektywem Sony DT 18-200 f/3.5-6.3

Ten zestaw to było coś dla mnie. Czułem się jak prawdziwy paparazzi. Nie miałem wtedy pojęcia o przysłonie, czasu naświetlania etc. Najpierw pojawił się sprzęt, potem żądza wiedzy. Zacząłem powoli zgłębiać literaturę. Zacząłem czytać i starałem się systematycznie uprawiać to rzemiosło. Chciałem wykorzystywać każdy moment, do robienia zdjęć, gdyż jedyne co wiedziałem, to że to właśnie jest słuszna droga. Sama puszka sprawowała się naprawdę dobrze. To całkowicie amatorski aparat, ale miał mi jeszcze posłużyć ponad dwa lata, zatem jak okazać się miało, udało się nim zrobić całkiem sporo zdjęć, mam nadzieję, że również dobrych. Co do obiektywu, to sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Sprawował się dobrze na przymkniętej przysłonie, w dobrym świetle i maksymalnie do ogniskowej 100 mm. Miał jednak ogromną zaletę dla początkującego i uważam dzisiaj, że dlatego to był dobry wybór. Potężny zakres ogniskowych, co powodowało to narzędzie bardzo uniwersalnym. Idealny sprzęt do nauki. Zatem się zaczęło.

Pierwszy zarost -  2009-2011

Zastanawiałem i nieco obawiałem się, żeby rozpoczęte nowe zainteresowanie nie zgasło nagle, jak wiele z moich wcześniejszych. Niestety na przestrzeni lat uświadomiłem sobie, że to jedna z moich wad. Kiedy wraz z upływem czasu, bakcyl rósł, zamiast maleć, pomyślałem że czas zacząć coś z tym moim fotografowaniem zrobić. Jednym z kroków było rozpoczęcie publikacji moich gniotów w internecie. To miał się okazać strzał w dziesiątkę. Tutaj bowiem udało mi się rozpocząć jedną z wartościowszych znajomości i przyjaźni obecnie (mam taką nadzieję). Zaczęło się od prostych wskazówek, a po jakimś czasie mój internetowy guru, mistrz, prowadził mnie już na dobre. Nasze nie kończące się rozmowy mailowe trwają do dziś. Do dziś służy mi radą i swoim perfekcyjnym okiem, oraz potężnym zapleczem doświadczenia. Tutaj śmiało mogę Ci jeszcze raz podziękować. Obiecane Tiramisu robi się już niebezpiecznie duże. Publikacja zdjęć ma bezpośredni związek z moim sprzętem, gdyż tam czytając tzw. exify, czyli parametry aparatu i obiektywu podczas wykonywania zdjęcia, stwierdziłem że warto by było poszerzyć mój skromny zestaw o obiektywy bardziej wyspecjalizowane. Tak się właśnie stało. Obiektyw Sony DT 18-200 poszedł pod młotek, a jego następcą stał się:

Tamron 17-50 f/2.8

Ten obiektyw miał się okazać moim głównym orężem aż do wiosny 2011 roku. Zrobiłem nim około 8000 zdjęć, niestety o wiele mniej udanych. To był dla mnie szok, kiedy po okresie obycia  z plastikiem Sony, wziąłem w rękę pancerne, jak mi się wtedy wydawało szkło. Wrażenie zrobiła na mnie też wielkość i duży ciężar. Czuło się w ręku potencjał. Stałe światło 2.8 na wszystkich ogniskowych, coś pięknego. Mimo oczywistych zalet, w tym również cenę, miał także pewne ograniczenia. Te wychodziły szczególnie w połączeniu z moją puszką. Ostrość na brzegu kadrów, aberracje chromatyczne. Tutaj na pewno wpływ na całość miały także moje umiejętności będące mocno w powijakach.Z czasem pojawiła się potrzeba obiektywu makro, który umożliwiłby mi spojrzenie na świat z bliska. Wybór padł na

Tamron 90 f/2.8

Doskonały obiektyw makro, zdjęcia wykonane przy jego pomocy zasiliły również moją galerię. Tamron 90 był oczywistym następstwem mojej satysfakcji z Tamrona 17-50. Tym razem świadomość techniczna urosła mi znacznie. Zacząłem czytać testy i poznawać ich kryteria. Tamron 90 to godny polecenia fantastycznie rysujący obiektyw o skali odwzorowania 1:. Zdjęcia wykonywane przy jego pomocą, zachwycały kontrastem, ostrością. To wszystko za umiarkowane pieniądze. Jak to zwykło się mówić: dobra jakość za rozsądną cenę. Świetnie się nadaje do portretów jak i do ciasnych krajobrazów. Mijały dni, a moje przygody fotograficzne co raz częściej wykazywały brak w moim asortymencie dłuższego tele. Po przebadaniu rynku zamówiłem obiektyw również ze stajni Tamrona.

Tamron AF 70-200 f/2.8

Potężne szkło o pięknych właściwościach optycznych. Troszkę za licho wykonane, jak na swoją masę i wielkość. Ogniskowa 200 okazała się ponad to zbyt krótka do zastosowań, które chciałem mu przypisać. Ostatecznie okazał się najbardziej skuteczny w portretach, krajobrazów zdjęciach zwierzyny z podejścia. Mogę go śmiało polecić wszystkim, którzy za niewielką kwotę chcą kupić teleobiektyw takim zakresie i maksymalnym otworze przysłony. Do wad na pewno należy zaliczyć Autofocus, mój był niecelny. Do tego za wolny, do szybkiego nastawiania ostrości,wspomniana już zbyt delikatna budowa i osłona przeciwsłoneczna. Zbyt wielka, w moim egzemplarzu ponad to, posiadała luzy na mocowaniu, przez co klekotała i strasznie mnie irytowała. Kiedy człowiek płaci bez mała  3000 zł, oczekuje jednak żeby nic nie latało jak żyd po pustym sklepie.

Reformy rozpoczęte - 2011

Rok 2011 zaczął się od poważnych zmian, zmiany dotknęły również sprzęt. Alfa 200 przestała mi wystarczać, zacząłem rozglądać się za ofertą aparatów pełnoklatkowych. Z matrycą odpowiadającą rozmiarowi błony fotograficznej. Po długim okresie rozpoznawania rynku, badania poszczególnych produktów. Podjąłem decyzję o zmianie systemu. Oferowana przez Sony Alfa 900, czy 850 niestety parametrami nie odpowiadała konkurencyjnym produktom Nikona czy Canona. Tak właśnie rozpoczęła się droga w inny system, która na pewno szybko się nie skończy. Mam przynajmniej taką nadzieję. 

Obecnie na mój zestaw składa się:

 

Nikon D700

 

Potężny, solidnie zbudowany pod każdym dosłownie względem deklasował moją starą Alfę. Przede wszystkim oferował nową pełnoklatkową matrycę Nikona FX, taką samą jaką zastosowano we flagowym modelu D3. Pełnoklatkowa matryca zapewnia niesamowite oddanie detali, jakość zdjęć szczególnie na wydrukach zachwyca pod każdym względem. Fantastyczna praca na wysokich czułościach, ISO 800 to dla tego aparatu nie jest wyzwanie, zdjęcia zachowują poprawną jakość nawet przy ISO 2500. Zdjęcia seryjne wykonywane z prędkością 5kl/s, ten wynik można uznać za przyzwoity, jednak wzmocnienie oryginalnym gripem, daje już 8 kl/s, a ten wynik jest bardzo dobry. System wstępnego podnoszenia lustra, umożliwia uzyskanie niezwykłej ostrości, to szczególnie ważna dla mnie funkcja przy fotografowaniu krajobrazów, oraz wykonywaniu zdjęć w technice HDR. Bardzo ważnym elementem wyposażenia jest też podgląd głębi ostrości, korzystam z niego naprawdę często i uważam, że to genialny wynalazek. Ta puszka posiada wszystkie cechy nowoczesnego, profesjonalnego aparatu. Prosty, czytelny interfejs i system obsługi ułatwia korzystanie, choć nie znajdziemy tutaj trybów tematycznych. Wreszcie Autofocus, który obsługuje niezależnych 51 obszarów pomiaru ostrości, potężna prędkość z którą ten aparat potrafi obracać soczewki to wielki atut dla foto-przyrodników. Nawet starsze systemy AF ostrzy wyjątkowo szybko, co dopiero się stanie kiedy podepniemy system AF-S wykorzystujący ultradźwięki przeobrażane w siłę kinetyczną? To istny król ostrości. Focus działa błyskawicznie i rzadko się myli. Wziernik porywa 98% kadr, zatem naprawdę nieźle, to kolejna ważna cecha lustrzanek pełnoklatkowych. Do wad można na upartego zaliczyć wagę, ponad 1000g. Niski bufor pamięci, co skutkuje ograniczonym czasem strzelania seriami. Prądożerstwo w porównaniu do A200 którą również zasilałem gripem, D700 pochłania sporo więcej energii. Cóż, dużo więcej trzeba jednak zasilać. Zatem to jest dość zrozumiałe. Wadą też może być stosunkowo delikatny nikonowski bagnet, przy szkłach powyżej 2500 g, dostaje luzy. Teraz jednak mój najcięższy obiektyw bez TC ma niecałe 1500, więc luzów nie ma. Podsumowanie będzie krótkie, kocham to body i nigdy bym go nie zamienił na inne.

 

Nikon MB D10

 

Poza bardzo wygodnym uchwytem i zestawem przycisków do pionowej orientacji zdjęć, zwiększa również szybkość robienia zdjęć seryjnych z 5 klatek/s do 8 klatek/s. Ma to szczególnie duże znaczenie podczas fotografii przyrodniczej, kiedy często sceny dynamiczne rozgrywają się w oka mgnieniu. Jest bardzo dobrze wykonany, nie ma też luzów na łączeniu z puszką. Takowych doświadczyłem w przypadku alfy, mimo że tam również miałem oryginalny grip. Potężną zaletą tego urządzenia jest zwiększenie wydajności aparatu i zmniejszenie zużycia energii, poprzez zdwojenie zasilania. Nie orientuję się do końca na jakiej zasadzie to działa, lecz przekonałem się, że aparat jest zdecydowanie bardziej wydajny i żywotny przy zamontowanym gripie, niż przy zastosowaniu wymiany poszczególnych akumulatorów w czasie pracy. Do wad należy na pewno zaliczyć wzrost masy zestawu i powiększenie znaczne i tak dużego body.

 

Nikkor AF-S 17-35 f/2.8

 

Ten szerokokątny zoom swojego czasu był można powiedzieć na piedestale w stajni Nikona, zdeklasował go dopiero słynny Nikkor 14-24. Zasilił mój zestaw właśnie ten model ze względu na zakres ogniskowych, dużo bardziej w moim odczuciu uniwersalny. Druga sprawa to oczywiście pieniądze. Miałem okazję kupić używany z pewnego źródła i za naprawdę dobrą kwotę. Jest tak jak pozostała część ekwipunku świeżym nabytkiem. Obiektyw pięknie też rysuje o oddaje kolory. Na najszerszym kącie oczywiście jest dystorsja, ale ta zdecydowanie jest do akceptacji przy takiej ogniskowej. Stosunkowo równomiernie naświetla kadr i w całym jego zakresie ostrość jest doskonale zachowana. Ta ostatnia zadziwić może największego pesymistę. Bez problemu pracuje pod światło. Silnik SWM zapewnia doskonałą prace Autofocusa, jest celny i błyskawiczny, można to szkło zatem stosować do reporterki. Ma bardzo małą odległość minimalnego ostrzenia, toteż wykorzystywałem go nawet do zdjęć środowiskowych płazów. Przede wszystkim jest moim głównym orężem krajobrazowym. Wadą na pewno jest średnica soczewki - 77mm, filtry tego rozmiaru są diabelnie drogie. Wielkość samego obiektywu jest dość zrozumiała, zważywszy że uzyskano stały otwór przysłony 2.8 na całym zakresie ogniskowych. Zastąpił w mojej torbie dwa manuale, które kupiłem początkowo. Był to Nikkor 24 f/2 i Nikkor 28-50 f/2. Decyzji zmiany nie żałuję, bardzo lubię ten obiektyw.

 

Pierwotnie do fotografowania przyrody używałem obiektywu Nikkor 300 f/2.8 AI-S, wydawało mi się, że to najlepsza droga. Stosunkowo niska cena, niezwykle duży względny otwór przysłony i doskonała optyka, którą to tylko potwierdzają wszystkie dostępne źródła na temat tego obiektywu. Faktycznie optycznie był bardzo przyjemny, choć miałem wrażenie pewne zakłamanie kolorów przy moim body. Brakowało kontrastu, poza tym bokeh również nie zachwycał, mimo używania pełnej dziury tło miało jakieś dziwne kontury, wyglądające jak włos na wodzie, niby nic, a jednak widać linię. Możliwe, że to efekt pracy z cyfrą, w końcu obiektyw ten został stworzony do analoga. Wzmacniałem go telekonwerterem TC 14B. Razem dawało mi to 420f/4,to już konkretne tele z pięknym światłem. Niestety pierścień manualny nastawiania ostrości nie sprawdził się przy pełnych dynamiki ptakach. Oczywiście zrobiłem nim sporo zdjęć, z kilku jestem nawet bardzo zadowolony, są to jednak zdjęcia statyczne, nie ukazujące ptaka w jego najpiękniejszych momentach, przy starcie, lądowaniu, walce. Długo myślałem czym powinienem go zastąpi. Mój mentor był przekonany, że jedyną słuszną drogą jest 300/2.8 ale już z AF-S. Nowe kosztują tyle co dwuletni samochód, zatem używany pomyślałem. Tutaj zaczęły się schody. Rynek okazał się totalnie wyczyszczony z obiektywów, a mnie dwukrotnie próbowano sprzedać kradziony egzemplarz. Skoro sprzedający nie potrafił się przyznać, że sprzęt jest kradziony, to jaką mam pewność że reszta bebechów jest w porządku? To wszystko zaczynało mnie przyprawiać o nocne koszmary. Co raz mocniejszym kandydatem był skromny, ale nowy Nikkor 300 f/4.

 

 

Nikkor AF-S 300 f/4 

 

Ostatecznie podjąłem decyzję. Ponieważ jestem amatorem, ten obiektyw będzie idealnie pasował do moich potrzeb. Przede wszystkim budżet pozwoli mi kupić sprzęt nowy i zostało jeszcze na parę drobiazgów. To bardzo wiele, jeżeli używka to tylko i wyłącznie z pewnego źródła. Po drugie wielkość, ta trzysetka jest naprawdę niewielka, nawet w porównaniu z moim ważącym 2500 g manualem. Pierwotnym jego konkurentem był natomiast 300 f/2.8 AF-S, który waży aż 3100 g!!! To szkiełko ma natomiast 222 mm długości i 1450 g wagi, idealnie do fotografowania z podejścia, pomimo kilometrów i godzin trzymania go w ręku, nie czuje się specjalnych boleści. Oczywiście swoją decyzję zbudowałem na milionach opinii i testów jakie przeczytałem. Wszędzie uchodził za niezwykle ostry już od pełnej dziury. Sprawdziłem to i faktycznie to prawda, jeżeli złapie ostrość, to obiekt wygląda jak wycięty żyletką. Bardzo wiele obiektywów niestety trzeba przymykać, żeby uzyskać dobrą ostrość, tak podobnież jest z obiektywami Sigmy (choć osobiście tego nie sprawdziłem), dlatego właśnie większy otwór względny tego Nikkora mnie nie przeraził. Moje body poza tym, doskonale sprawdza się na wysokich czułościach, mogę zatem bez problemu zrekompensować jedną przysłonę czułością ISO. Ma przepiękny bokeh, rozmywa tło w iście artystyczny sposób, czyniąc z niego prawdziwą abstrakcje kolorów, na pełnej dziurze wszystkie bliki ujawniają się jako magiczne koła, listki przysłony są oczywiście zaokrąglone. Obiektyw zgodnie z moim pierwotnym założeniem posiada silnik SWM, czyli silent wave motor, silnik który przekształca ultradźwięki w energię napędzającą focus. Podobnież miał być szybki, kiedy go podpiąłem pierwszy raz pod puszkę, okazał się cholernie błyskawiczny. To prawdziwy demon prędkości. Oprócz prędkości w istne osłupienie wprawiła mnie celność. Podczas jednej zasiadki, na 540 wykonanych zdjęć, focus nie złapał ostrości przy mniej więcej 30 zdjęciach. To daje wyobrażenie jakim cudeńkiem jest AF-S. Kupiłem go do fotografowania ptaków i grubego zwierza, ale swoją uniwersalnością zaskoczył mnie na ostatniej majówce z rodziną. Ma zaledwie 140 cm odległości minimalnego ostrzenia, zatem nawet bez pierścienia makro można robić bajeczne zdjęcia ważkom, motylom i innym płochliwym owadom. Z pierścieniem makro, najlepiej PN-11 robi się z niego prawdziwy owadzi łowca. Zatem to niezwykle wszechstronne urządzenie. Nikkor 300 f/4 jest idealnym wyborem dla kogoś, kto ma ochotę pobawić się w foto-przyrodnika, a nie ma ochoty wydać góry setek na jeden obiektyw. Zarzuca mu się brak stabilizacji, dla mnie nie jest jednak to do końca wada. Stabilizacja jest wrażliwa na uszkodzenia, zużywa potwornie baterię i kosztuje. Kto wie ile zażyczy sobie producent za wersję 300/4 VR? Możliwe, że wejdzie w pułap przy którym będzie się już opłacało myśleć nad 300/2.8. Do wady na pewno zaliczyć należy osłonę przeciwsłoneczną przy złożonej pozycji. Nie blokuje się i kręci się jak tancerka ludowa. Tutaj jednak powinni to bardziej dopracować. Mocowanie statywowe, też sprawia wrażenie zrobionej na odwal. Jest zbyt delikatne i nie wytłumia za szybko drgań, na obecny moment nie wdało mi się jednak na tyle we znaki, żeby wydać 150 euro na mocowanie firmy Kirk. W przyszłości myślę, że temat sprawdzę. Podsumowując, mam go od niedawna ale prze ten okres zaskakuje mnie nad wyraz pozytywnie. Myślę, że w przyszłości kiedy będę chciał kupić coś potężniejszego, ten Nikkor zostanie w mojej torbie, jako idealne urządzenie uzupełniające. Póki co jest głównym wołem roboczym przy fotografowaniu dzikiego życia i widać, że najwyraźniej jest do tego idealnie stworzony. Sprzedany mój wierny kompan w kwietniu 2012. Jego następcą miała zostać Sigma 120-300/2.8 OS.



Telekonwerter TC-14EII

                      

 Ten maluszek przedłuża ogniskową o 1,4 wartości ogniskowej, czyli np przy ogniskowej 300 mm, daje nam 420 mm. Nic jednak nie jest za darmo w przyrodzie. Tą fantastyczną przemianę uzyskujemy za cenę utraty światła. Zmniejsza się bowiem względny otwór przysłony, akurat ten model zabiera nam jedną wartość. Zatem przy obiektywie 300 f/4 uzyskamy 420 f/5.6. To nie jest jednak wszystko, telekonwerter powoduje utratę jakości zdjęcia, spowalnia autofocus i zmniejsza głębię ostrości. Zatem ogólnie cena duża. Musi się jednak kalkulować, skoro je wymyślono. Faktycznie, czasem może okazać się ratunkiem, kiedy ukryci w kryjówce mamy zbyt dużą odległość do upartego modela. Szczególnie warto użyć przy dobrych warunkach oświetleniowych. Ponieważ to najświeższy nabytek, nie miałem okazji przetestować TC-14EII. Producent i wielu użytkowników twierdzi, że wykonano go z doskonałej jakości optyki. Utrata jakości zdjęcia jest niezauważalna, a przy dobrym body i systemie AF-S w obiektywie, focus kręci się nadal jak szalony. Mój zestaw spełnia wszystkie te warunki, zatem nie mogę się doczekać pierwszych zdjęć. Wszystkie doświadczenia z telekonwerterami oparłem o poprzednika w moim zestawie, manualnym TC-14B. Bardzo wiele osób podpina TC-14EII do 300 f/4 z niezwykły skutkiem. Ja sam przekonałem się, że takie urządzenia przy zasiadkach na zwierza są podstawą i wielokrotnie można dzięki nim uzyskać fantastyczne zdjęcia. Jak tylko uda mi się przetestować ten zestaw w akcji, to na pewno zasilę ten kącik moimi spostrzeżeniami. Sprzedany w kwietniu 2012.

 

Nikkor 80-200 f/4 AI-S        

 

Tele  zoom stworzony do aparatów analogowych, całkowicie manualny choć z moim body działa pomiar światła. Zatem bezproblemowo można ustawić ekspozycje, a także fotografować w trybie preselekcji przysłony. Ogniskową zmienia się poprzez przesuwanie pierścienia ostrości w osi wzdłużnej, czyli tzw. pompowanie. Kręcąc nim w prawo lub lewo, oczywiście ostrzymy obraz, przysłonę natomiast nastawiamy wąskim pierścieniem znajdującym się u samej nasady obiektywu. Jest to pozostałość po moim manualnym zestawie, który staram się sukcesywnie wymieniać. Ten egzemplarz kupiłem w Niemczech z wielkiego sklepu, który specjalizuje się w używanym sprzęcie. Został bo jest w idealnym stanie, jest mały, lekki i naprawdę tani. Za to wszystko, jeżeli nie licząc manualnego ustawiania ostrości, oferuje on naprawdę imponującą jakość optyki. Zadziwił mnie wielokrotnie oddaniem kolorów, kontrastem i sposobem w jaki rysuje, wszystko na zdjęciach ma piękną fakturę, kształty i kontury oddaje niezwykle subtelnie. Jak już wspomniałem, wielkość umożliwia mi zabranie tej poręcznej dwusetki na każdy spacer. Głównie używam go do ciasnych krajobrazów i portretów. Stałe światło f/4 na całym zakresie ogniskowych to naprawdę nieźle. Można zatem nim fotografować nawet w gorszych warunkach oświetleniowych. Jestem święcie przekonany, że w dobrych rękach ten obiektyw potrafi zdziałać cuda. W przyszłości jego następcą będzie zapewne 70-200 f/2.8 AF-S, zanim jednak do tego dojdzie, posłuży mi jeszcze jakiś czas. Do wad należy zaliczyć problem z nastawem ostrości, kiedy model się porusza, w gorszym świetle ciężko jest tą ostrość dostrzec w wzierniku.Jeżeli ktoś szuka uzupełniania o takim zakresie ogniskowych za mikro kasę, to szczerze polecam. Ja osobiście rzadko używam takich ogniskowych, dlatego zdecydowałem się na tą malutką inwestycję. Czas pokaże, czy będę potrzebował wielkiego już 70-200 f/2.8. Sprzedany zimą 2011/2012

 

Nikkor 55 Makro f/2.8 AI-S

Obiektyw ten został stworzony do zdjęć z minimalnej odległości i dzięki bardzo dobrej skali odwzorowania wynoszącej 1:2 uzyskać możemy nieprawdopodobny obraz makro świata. Takie zastosowanie miał również znaleźć trafiając w moje ręce. Oczywiście przed dokonaniem wyboru analizowałem rynek w poszukiwaniu najlepszej relacji jakości do ceny. To szkło wydało mi się idealne, z racji że makro jest nieco na uboczu moich kolekcji prac, wymagania też były adekwatne do intensywności z jaką miałem korzystać z makro szkła. Przede wszystkim nowy obiektyw miał być dobry optycznie, tani w zakupie i z założeniem, że będzie pracował pod moją banderą, aż znajdą się fundusze na szkło makro z prawdziwego zdarzenia, czyli pewnie ze dwa lata. Wybór padł na tą właśnie 55. Kupiłem oczywiście używaną z racji, że już ich nie produkują, są to jednak obiektywy o bardzo dobrej opinii, wysokiej jakości optyki. Brak jakiejkolwiek elektroniki i manualne sterowanie dodatkowo zapewniły mi fantastyczną cenę zakupu i gwarancje, że nie ruszy go nawet diabeł. To prawdziwy pancerniak. Całkowicie wykonany z metalu, z precyzją jakiej można tylko zazdrościć. Duży otwór względny przysłony f/2.8 zapewni jasność i pięknie rozmywa tło, można ją przymknąć maksymalnie do f/32, co jest szczególnie ważne przy obiektywach makro, gdzie głębia potrafi wynosić kilka milimetrów. Stosując pierścienie makro, możemy z niego zrobić niezwykle użyteczne narzędzie. Przy zastosowaniu pierścienia PK-13 skala odwzorowania wynosi już 1:1, a ogólna jasność obiektywu nadal pozwala na stosowanie krótkich czasów. Podczas pięciu miesięcy użytkowania mogę śmiało stwierdzić, że optyka faktycznie jest na dobrym poziomie i w tym przedziale cenowym niestety nic innego znaleźć nie sposób. Osobiście używam go do fotografii roślin, mało płochliwych owadów oraz przedmiotów. Jeżeli szukasz taniego i naprawdę dobrego optycznie obiektywu makro o takiej ogniskowej to śmiało mogę go polecić. W uzupełnieniu z pierścieniami i Nikkorem 300/4 tworzy wystarczające dla mnie zestaw na ten moment do wypełnienia pełnego wachlarzu tematyki makro. Sprzedany w marcu 2012.

 

Nikkor 50 f/1.8 AI-S

 

Obiekty, do którego nastawienie zmieniłem w trakcie użytkowania. Zakupiłem go jako uzupełnienie do zestawu, obiektyw o ogniskowej 50 mm, przy pełnej klatce ma zbliżony kąt widzenia do kąta ludzkiego oka, to jest główny argument mówiący o uniwersalności takiej ogniskowej. Te obiektywy poza tym posiadają stosunkowo duży otwór przysłony. Ten model pięćdziesiątki może pochwalić się f/1.8. Ze względu na swój kształt, wyjątkowo krótki i przez to płaski, spowodował że otrzymał przydomek "naleśnik". O ile na początku obiektyw ten kompletnie mnie do siebie nie przekonywał, malutki pierścień nastawiania ostrości powodował że miałem problemy z jej poprawnym ustawieniem, trzeba tutaj wspomnieć, że obiektyw jest pod analoga, zatem jest manualny, pomiar światła jednak działa w zestawieniu z moim body. O tyle obecnie uważam, że tego maluszka za idealny dodatek każdego fotografującego. Jego maleńki rozmiar umożliwia zabranie ze sobą na każdą okazję. Obiektyw ten jednak jest naprawdę dobry optycznie, ślicznie oddaje kolory i rysuje, poprawnie naświetla cały kadr. Nie ma dystorsji, nie stwierdziłem szczególnych aberracji chromatycznych. Używam go często w pomieszczeniach zamkniętych, na imprezach rodzinnych. Do takich celów nadaje się idealnie. Przy cenie jaką osiąga, nie da się chyba kupić taniej lepszego szkła, na dzień dzisiejszy egzemplarz w dobrym stanie to jakieś 280 zł. Jestem przekonany, że ten obiektyw zostanie ze mną długo. Mam egzemplarz w stanie w zasadzie jak ze sklep, myślę więc że długo mi posłuży i dużo rodzinnych spotkań ze mną odwiedzi. Sprzedany w marcu 2012.

 

Manfrotto X190PROB 

 

Mój ukochany statyw. Wykonany z aluminium, z kolumną regulowaną w dwóch płaszczyznach, pionowej i poziomej, co ma umożliwić wykonywanie zdjęć makro obiektom przy samej ziemi. Dla mnie to szczególnie ważne przy zdjęciach zwierząt z niskiej perspektywy, choć trzeba przyznać, że wygodniej by było, gdyby ta kolumna była po prostu krótsza. Cały zestaw bowiem przy poziomym zorientowaniu kolumny, traci na stabilności. Wadą statywu też może być stosunkowo mała wysokość, bez wyjmowania kolumny nie ma możliwości zrobienia zdjęcia wyprostowanymi plecami, trzeba się solidnie przygarbić. Wysokość bez wyciągnięcia kolumny to jedynie 122 cm, z kolumną to 146 cm, ale za cenę utraty stabilności, zatem tą ostatnią wyciągam niezwykle rzadko. To jednak był mój wybór, aby pójść w mniejszy egzemplarz, bo oczywiście Manfrottto zadbało, aby Ci nie lubiący się garbić znaleźli też coś dla siebie. Dla mnie jednak istotniejsza była masa - 1,8 kg. Statyw jest wyjątkowo stabilny, ma udźwig 5kg i z całą pewnością mogę powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. W przyszłości na pewno zostanę w tej firmie, kupię jednak statyw większy, z krótszą kolumną i wykonany z włókna węglowego. 5kg udźwigu może w przyszłości nie starczyć. Zważywszy, że puszka z gripem to prawie 1,5 kg, do tego tele 1,5 kg i konwerter 0,2 kg. Razem 3,2 kg. Zaczyna się robić ciasno. Przy większym tele, zdecydowanie będzie za mały.Zakup tego cacuszka to zasługo mojego mentora Miro. Dziękuję Ci, że pomogłeś dokonać tak słusznego wyboru.

 

Głowica Triopo B-2

Głowica jeszcze do niedawna mało znana w naszym kraju, a to z powodu że nie było jej dystrybucji w landzie nad Wisłą. O Triopo usłyszałem od mojego fotograficznego opiekuna, mentora. Kiedy kupowałem statyw, wskazał mi na to cudeńko. Faktycznie tabele i porównania zaszokowały mnie, ta chińska głowica deklasowała wszystkie czołowe marki na świecie, oczywiście przede wszystkim pod względem wytłumiania wibracji. Cena jak dla mnie w tamtym momencie również była zaskoczeniem. Wbrew powszechnej opinii Chińczycy robią też mocne rzeczy. Udało mi się ją kupić w Hannoverze. Posiada hydrauliczną regulację skoku, co zapewnia niezwykłą precyzję. Oczywiście jest to głowica kulowa i właśnie taką widziałem w moim przyszłym zestawie, jest niezwykle wygodna w operowaniu zamontowanych aparatem. Udźwig to aż 8kg, mimo że to jedna z mniejszych głowic w ofercie Triopo. Mam ją już ponad dwa lata i muszę powiedzieć, że nadal jestem pełen podziwu dla tego cacuszka. Nie żałuję wydanych pieniędzy, bo mam gwarancje, że B-2 będzie ze mną jeszcze parę lat i przez ten okres będzie wiernie służyć. Pamiętać należy, że statyw jest niezwykle ważnym elementem przy zdjęciach.Obecnie Triopo już ma dystrybucje w naszym kraju, widziałem przynajmniej reklamy, zatem dostępność się znacznie poprawiła. Do mojej głowicy wykorzystuję dwie płytki mocujące, lub pestki jak mówią niektórzy. Jedną mam na stałe przymocowaną do tele, drugą podpinam do puszki. Jedyną wadą głowicy, są nakręcane na śrubę płytki. To zdecydowanie utrudnia montaż, ale zapewnia niezwykle dużą stabilność, zatem coś za coś.

 

Radiowy wzywalacz migawki Hanhel

Wyzwalanie migawki bez dotykania aparatu to element niezwykle ważny przy fotografowaniu, ciężko jest przecenić zalety takiego systemu. Aparat posiada co prawda samowyzwalacz czasowy, ma on jednak zasadniczą wadę. Wyzwalanie migawki determinuje jedynie konkretny odcinek czasu, zdjęcie zostanie zarejestrowane dokładnie w momencie upłynięcia konkretnego czasu. O ile przy krajobrazie system ten się poniekąd sprawdza, nie licząc czasochłonności, to w innych wypadkach samowyzwalacz może być kłopotliwy. Przy Sony używałem elektronicznego wyzwalacza podpinanego do korpusu, za pomocą przewodu. Przy Nikonie postanowiłem pójść w stronę wyzwalacza radiowego. Głównie dlatego, że przewód ciągle mi się plątał i przeszkadzał. Mimo, że jestem gorącym orędownikiem oryginalnego wyposażenia, tutaj zastosowałem wyjątek od reguły i kupiłem wyzwalacz chiński. Ciekaw jestem jak długo mi wytrzyma. W połączeniu ze wstępnym niesieniem lustra, jestem w stanie zrobić naprawdę ostre zdjęcia. Zasięg tego urządzenia to 80 m, zatem wiele możliwości jakie daje nie zostało jeszcze przeze mnie wykorzystane. Po 3 miesiącach użytkowania rzuciła mi się w oczy jedna wada. Prądożerny. Musiałem już wymienić zestaw baterii, jedną w pilocie i jedną w wyzwalaczu. Te niestety nie są tanie. W zasadzie w dzień kiedy skończyłem pisać ten tekst, nadeszła burza. Postanowiłem zrobić zdjęcia, bo przecież to nie lada widowisko. Wyzwalacz mnie zawiódł totalnie. Przy wyzwalaniu migawki w systemie bulb, przy czasie dłuższym niż 15 sekund, wyzwalacz zawiesza się i jedyne co może uratować sytuacje to wyjęcie baterii. Zatem co oryginalne, to oryginale. Zamówiłem już wyzwalacz klasyczny na kablu ale oryginalny Nikona, model MC-30. Hanhela nie polecam.

 

Telekonwerter TC-14EII

 

Niejednokrotnie zdarzało mi się, że fotografowany model był poza skuteczną odległością. Co raz częściej zacząłem zastanawiać się nad zakupem kolejnego konwertera. Po wstępnym przeanalizowaniu rynku, przeczytaniu testów i wniosków użytkowników, zapadła decyzja. Zakupiłem konwerter Nikona TC-17EII. To bezprecedensowe urządzenie zwiększa ekwiwalent ogniskowej o 1,7 przy jednoczesnej utracie przysłony o 1,5. W połączeniu z obiektywem Nikkor AF-S 300/4, dawało to 510/6.7. Według producenta AF w obiektywie, w którym otwór względny przekracza f/5.6 ni powinien działać. Powiem tylko tyle, że nic bardziej mylnego. Focus widocznie i słyszalnie spowalnia, lecz działa nada, nawet przy niewielkim świetle. Utrata jakości zdjęcia jest widoczna, zwłaszcza w słabych warunkach oświetleniowych, dlatego też trzeba uważać z czułością. Przy dobrym świetle, strata jakości na pełnej klatce jest całkowicie do akceptacji i zadowala w zupełności. Po dziesięciu miesiącach użytkowania  przekonałem się, że to doskonałe narzędzie w sytuacjach, gdzie potrzebujemy dużego zbliżenia. Śmiało polecam. Sprzedany w kwietniu 2012.

 

Sigma 120-300 f/2.8 OS

 

Kwiecień 2012, podobnie jak też w poprzednim roku, okazał się dla mnie miesiącem zmian. Paląca okazała się potrzeba użycia jaśniejszego szkła. Jak pokazało mi życie, większa przysłona połączona z wydajną stabilizacją, mogła dać mi możliwości o jakich do tej pory nawet nie śniłem. Przełamanie granicy wschodu i zachodu, fotografowanie w warunkach, w jakich do tej pory, ograniczałem się jedynie do obserwacji. Wzrok mój nieustannie oglądał się za systemowymi szkłami Nikona, o ogniskowej 300mm i maksymalnej przysłonie f/2.8. W tym segmencie jednak, obiektywy wyposażone w stabilizacje osiągają ceny, które są dla mnie nie tylko zaporowe, stanowią też jakąś granicę etyczną. Zacząłem rozważać nowość Sigmy, która jak się okazać później miało, potrafi pokazać pazur i dorównać swoim o wiele droższym konkurentom. Osobiście nie jestem orędownikiem zoomów, większa ilość optyki musi się przecież wiązać ze spadkiem jakości obrazu. Sigma w roku 2011 wypuściła na rynek zupełnie nową konstrukcję o parametrach 120-300/2.8 OS, gdzie OS oznacza stabilizację. Jest to następnca obiektywu o podobnych parametrach, który niestety na największych przysłonach wykazywał tendencje do mydlenia obrazu. Tym razem miało być zupełnie inaczej. Nowy obiektyw, za 2/3 ceny używanego Nikkora, z parametrami podobnymi lub lepszymi. Postanowiłem zaryzykować. Tak też stałem się posiadaczem tego cacka. Od pół roku wykonałem nim kilkanaście tysięcy zdjęć. Kilkanaście całkiem udanych. Obiektyw jest ostry, nie mydli, ma bardzo wydajną stabilizację i do tego jest zoomem. Co czasem, jak się okazało podczas moich wypraw, przydaje się nadwyraz.

Dział w trakcie przygotowań....